Korzystając z ładnej pogody i w miarę bezchmurnego nieba zerkam ostatnio po zachodzie Słońca na zachodnią część nieba. Dlaczego? Otóż dlatego, że znajduje się tam obiekt niezwykle jasny, fascynujący i akurat będący w ciekawej fazie do obserwacji. Chodzi oczywiście o Gwiazdę Wieczorną czyli Wenus.
W ciągu ostatniego tygodnia oglądałam ją niemalże co wieczór przez teleskop i z każdym kolejnym dniem zachwyca mnie ona coraz bardziej - głównie dlatego, że jest naprawdę ogromna. Wczoraj udało mi się zrobić w miarę niezłe zdjęcia i muszę przyznać, że te, które dziś prezentuję to chyba również najlepsze zdjęcie Wenus, jakie kiedykolwiek udało mi się wykonać.
Dostrzeżenie szczegółów na powierzchni Wenus jest niemożliwe - zarówno przez teleskopy znajdujące się na Ziemi, ale także przez krążące wokół Wenus satelity, gdyż całą planetę zasnuwa gruba warstwa chmur ze znaczną zawartością stężonego kwasu siarkowego, której grubość ocenia się mniej więcej na 15 kilometrów. Sucha, górzysta, ociekająca kwasem planeta, na której nie uświadczy się ani kropelki wody to prawdziwe piekło, na dodatek z potwornym ciśnieniem barometrycznym, które jest około 93 razy większe od ciśnienia atmosferycznego na Ziemi, mierzonego na poziomie morza.
Pomimo, że Wenus to bardzo nieprzyjazny świat, starożytni Grecy nazwali ją imieniem bogini miłości, Afrodyty. Przez długi czas Wenus uważana była za bliźniaczą planetę Ziemi, gdyż ma zbliżony rozmiar, gęstość, grawitację oraz budowę geologiczną. I prawdopodobnie, w początkach swojego istnienia tak właśnie było, jednak Wenus utraciła oceany na skutek niekontrolowanego efektu cieplarnianego.
Ciekawostką jest także fakt, iż Wenus obraca się bardzo wolno i ma tzw. rotację wsteczną, przez co Słońce wschodzi tam na zachodzie i zachodzi na wschodzie. Dni są tam bardzo długie, czas pomiędzy wschodem i zachodem Słońca trwa około 8 ziemskich miesięcy.
Ja Wenus uwielbiam oglądać, zwłaszcza, że to pierwsza planeta, na którą skierowałam swój wzrok w czasach, gdy dopiero zaczynałam swoją przygodę z astronomią

